żagle,żeglarstwo,szkolenia,wspomnienia

rejsy,tawerna,zagle,żaglach

zeglarstwo,szanty,informacje.

żeglarstwo jako moja pasja - żeglarstwo jako hobby

Zapraszamy do galerii oraz tapet

A na mroźne wieczory, zapraszamy do czytania ciekawych książek.

żeglarstwo sposobem na życie

Obejżyj tapety, na których żagle ukazują to, czym dla mnie jest żeglarstwo - sposobem na życie. Odwiedź naszą tawerne i naciesz swoje ucho historiami, nie z tego świata :). Przeczytaj wspomnienia opisujące nasze rejsy. Ujżyj w myślach widoki pięknych mazur. Wszytsko znajdziesz na tej stronie - żeglarstwo, zeglarstwo, tawerna, widoki, zagle, żagle, wspomnienia.
0.61943900 1283749013
 

/ Tawerna / Robak

 

Czarter Blues, czyli jak zostałem morskim taternikiem 2/3

Pieniądze "etatowe" nie były jednak głównym magnesem czarterów. Do takiego właśnie spędzania czasu zachęcało przede wszystkim - co tu kryć - możliwość mniejszego czy większego handlu z wykorzystaniem bezcłowej strefy Kanału Kilońskiego. Do tego: wyrwanie się z peerelowskiej szarzyzny i towarzyskie uroki jachtingu, który - w przeciwieństwie do żeglarstwa, uprawianego na morzu - uprawiany był w portach.
Towarzyska strona rejsów czarterowych spędzała sen z oczu Kapitanowi: jak bowiem wychodzić w morze i podnosić żagle o dziewiątej rano, kiedy większa część załogi - po przebalowanej nocy i w stanie wskazującym na mocne spożycie - wracała prosto na podniesienie bandery, odbywające się o ósmej?
Kapitan początkowo przemawiał do rozumu ludziom było nie było dorosłym i wydawałoby się dojrzałym. W końcu uciekał się do środków radykalnych: najpierw, pod groźbą odesłania do kraju, nakazywał powrót na statek do dziesiątej wieczorem, później - zabraniał wyjścia w ogóle. Wtedy balangi w towarzystwie mieszanym, również narodowościowo, nie opuszczały pokładu, były więc kolejne reprymendy. Po jakimś czasie aktywność zmordowanej do cna załogi na kilka nocy ustawała, więc Kapitan, który miał miękkie serce, w nagrodę za dobre sprawowanie zakazy uchylał i wszystko zaczynało się od początku.

Gościnność polska słynie szeroko,
Lecz choć jesteśmy wszyscy dorośli
Obowiązuje "Kapitänstunde"
I o dziesiątej wyganiają gości!

Polityka prowadzona przez armatora polegała na jak największych oszczędnościach. Oszczędzało się na wszystkim, więc: na żaglowcu (patrz casus: zakup nici) i na załodze. Ochmistrz kupował "towary luksusowe (np. coca cola w puszkach) z przeznaczeniem do serwowania wyłącznie pasażerom czarterowym", które - przynajmniej teoretycznie - były niedostępne dla załogi. Również menu załogi i gości miało się zdecydowanie różnić, do czego nie dopuścił ani Kapitan ani Kucharz. "Czarter blues" skwitował to jednak po swojemu:

Na białych żaglach dumnie wypiętych
Żelaznej Szekli szczerzą się znaki.
Załoga szczerzy dziąsła czerwone -
Z owoców dzisiaj, znowu buraki!

Armator prowadził jednak politykę nie tylko zgrzebną i sknerską, ale i nieudolną. Panowie dyrektorzy dobrze zmywali naczynia, ale przy podpisywaniu kontraktów wykazywali się biegłością dużo mniejszą. Prawda, że nie ma co porównywać, bo do zmywania znajomość języków obcych potrzebna nie jest, ale fakty pozostają faktami. Zwłaszcza te autentyczne.
Podczas "Operacji Żagiel" działacze nawiązali odpowiednie kontakty i zaczęli snuć dalekosiężne plany, mający spuścić również na ich głowy deszcz zielonych papierków. Najbliższy plan zakładał wysłanie "Pogorii" na zimę 1982/83 w rejs czarterowy na trasie Las Palmas - Casablanca z odgałęzieniami. Kontrakt zasadniczy miano podpisać w październiku 1982 w Hamburgu. "Pogoria" miała się tam stawić na Bootmesse, popływać przez tydzień z turystami po Łabie, a potem ruszyć na ciepłe i zasobne w dolary morza.

W Hamburgu była taka mgła, że z rufy nie było widać dziobu i o żadnych pływaniach nie było mowy. Staliśmy więc tydzień przy kei i balangowaliśmy pod pokładem, bo na balangi lądowe nie było pieniędzy, a układy towarzyskie wśród tubylców mieliśmy tylko w Kilonii.
Tuż po obłożeniu cum pojawiło się na kei kilku Polaków - emigrantów politycznych. Nie odezwali się do nas ni słowem, spojrzeli jak na morderców, rozstawili na pomoście transparent Solidarności, jeszcze coś w rodzaju "Precz z bandą Jaruzelskiego" i tak trwali.
Zapraszaliśmy ich kolejno: na śniadanie, obiad, podwieczorek, ale zbywali to wzgardą i docinkami, że z pachołkami reżimu nie chcą mieć nic wspólnego, że możemy sobie aresztować i wlec siłą do kraju frajerów, ale nie ich, że nigdy dobrowolnie nie oddadzą się w nasze wredne czerwone łapy. Dziwiło nas to mocno, bo w Kilonii prawie codziennie na "Pogorii" gościły grupy rodaków z najświeższej emigracji, ale cóż było robić.
Dokładnie o 16-tej demonstrujący zwinęli swoje zabawki i zniknęli.
Pojawili się następnego dnia o 9-tej rano, postali do czwartej i znów zniknęli.
Na kei ruch był żaden. Co jakiś czas z mgły wyłaniali się tylko policjanci, patrząc, czy demonstranci są grzeczni i nie ma burd, co powiedzieli nam po cichu. Mgła stała jak bita śmietana, a zimno i wilgotno było jak cholera.
Trzeciego bodaj dnia jednego z demonstrantów "przycisnęło", zwłaszcza, że dla rozgrzewki chłopcy ciągnęli piwko, wyjmowane z dużej torby. Wysikać się z kei do morza w RFN, w dodatku pod okiem policji - tego nie odważyli się zaryzykować nawet najodważniejsi. Do przybytku lądowego było daleko, dobry kwadrans marszu. Trudno darmo: "przyciśnięty" pożegnał się z kolegami, przeżegnał krzyżem świętym, ucałował gościnną keję niemiecką i zapytał wachtowego, czy może skorzystać.
Na "Pogorii" do WC schodzi się głęboko pod pokład. Gdy młody nieprzejednany zniknął w przybytku dla spieszonych pomazańców, kucharz mrucząc "No, ja mu pokażę pachołka i czerwone łapy reżimu!" zastawił stół. Na białym obrusie pojawił się baleron, sery, szynka, polski chleb biały i razowiec, waza z zupą (chyba ogórkowa na wędzonce, ale głowy nie dam), "Wyborowa" i "Żywiec".
Protestant wyszedł z kingstona lekki jak ptaszek.
Gdy przechodził koło stołu, kucharz rzucił:
- Może coś na ząbek?